-

-

czwartek, 9 października 2014

Dzień jak co dzień

Jesień tego roku przyszła szybciej niż się tego spodziewaliśmy. Nagle z dnia na dzień zrobiło się „szaro, buro i kudłato”. Ostatni tydzień upłynął nam pod tytułem: "Ciągle pada". Nie! Nie pada. Określenia pasujące do ubiegłego  tygodnia powinny brzmieć: "Ciągle leje", "Leje jak z cebra", "Urwanie chmury". Teraz w pełni  rozumiem tych wszystkich, którzy opowiadali mi o deszczowej Irlandii. Do tej pory pogoda rozpieszczała nas tu słońcem, które dodaje uroku przepięknym krajobrazom. Zdaje się je wykańczać, dopracowywać i udoskonalać nadając im takiego wyjątkowego blasku, co to zapada w sercu i umyśle i długo pozostaje pomagając przetrwać ponurą jesień i zimę. To taki blask ogrzewający ludzkie wnętrza.
          Jest bardzo wcześnie rano. Moja rodzinka pogrążona  jeszcze w słodkim i głębokim śnie, leży sobie w ciepłych łóżeczkach. Ja obudzona hałasem przejeżdżającej po ulicy śmieciarki wstaję. Nie potrafię i nie chcę  leżeć w łóżku i przewracać się z boku na bok. Nie za bardzo mam ochotę na obcowanie z własnymi myślami sam na sam.  Za dużo, za szybko, zbyt wnikliwie i przenikliwie. Zbiegam na dół do kuchni, zaparzam pyszną, aromatyczną kawę, patrzę przez okno... a tu miła niespodzianka. Słońce! Boże! Jak ja na nie czekałam! Słońce, moje jedyne, ukochane, takie dobre i ciepłe, takie ogrzewające i krzepiące. Po prostu słońce, albo nie po prostu, albo S Ł O Ń C E. Czyli nadzieja i lekarstwo na ból i cierpienie.
Dopadła mnie nostalgia i owinęła swoim szalem tęsknota. Tęsknota  za domem, za rodziną,  za polami i lasami... Tęsknota za pracą. Ileż można wypoczywać, nie pędzić, nie gnać i się nie śpieszyć?
No ile? Byle nie za długo. NUDA i gdy przystajesz na chwilę doganiają cię te myśli...  A poza tym cały świat czeka na to, bym go zbawiła. Czyż nie takie powinno być moje przeznaczenie? Póki co nie ma czasu na sentymenty.
          Dzieciaki pierwsze dni szkoły mają już za sobą, a ja pomału popadam w rutynę. Pobudka, śniadanko, podwózka dzieci do szkoły, męża do pracy, kawka, herbatka, książeczka, spacerek z Amelką, lub jakiś plac zabaw. Jak na porządną gospodynię domową przystało w harmonogramie dnia mieści się również sprzątanie i gotowanie. Jadę odebrać dzieciaki, jemy obiadek, odrabiamy lekcje. Z pracy wracasz ty i przejmujesz nasze pociechy, by dać mi chwilkę  dla siebie. Ten czas spędzam  ucząc się angielskiego. Czuję, że robię postępy, ale wiele jeszcze muszę się nauczyć. Daleko mi do doskonałości, która zdaje się być moim życiowym przekleństwem. Nie potrafię sobie odpuścić, pogłaskać po głowie chociażby  za głupstwo, jakieś małe „conieco”. Za to chętnie będę się biczować i ganić. To mogłaś zrobić lepiej, dlaczego bardziej się nie postarałaś? Tylko na tyle cię stać? Świadomość bycia obcym wcale nie pomaga. Przecież zdaję sobie sprawę, że żyjąc tu trzeba być zawsze lepszym i stale udowadniać, że stać mnie na więcej. To taki gwarant powodzenia. Przeciętność zdaje się być zarezerwowana dla tubylców. Wcale się nad sobą nie użalam. Nikt nie obiecywał, że będzie lekko. Dlaczego zresztą miałoby być? Wspinanie się pod górę to moja specjalność.

Trzymam się tych swoich osobistych  wyzwań kurczowo, sama się dyscyplinuję, co z wiekiem przychodzi dość łatwo. Wszystko po to, by nie zmarnować czasu, aby wykorzystać każdą sekundę, minutę i godzinę. Dzięki temu „dzień jak co dzień” różni się jednak od tego poprzedniego, a ja mam poczucie, że bycie tu nie jest pozbawione sensu. Każdy z nas osiąga swoje własne szczyty, każdy na swój sposób trawi tę nową rzeczywistość.