-

-

poniedziałek, 6 października 2014

Rodzina w komplecie

          No i zaczęła się nasza przygoda z Wyspami. Tym razem na poważnie. Skończyły się próby i żarty. Decyzja zapadła. Doczekaliśmy do końca roku szkolnego i wsiedliśmy
w pierwszy samolot mknący w kierunku Irlandii, w kierunku naszego taty.  Czy się boję? Oczywiście, że tak, tylko głupi się nie boi. Boję się bardzo. Tylko nie do końca potrafię określić czego. Na chwilę obecną wiele mnie drażni, coś tam denerwuje.
Przed nami pierwsza noc w nowym mieszkanku. Jeszcze nie całkiem się rozpakowaliśmy, ale generalnie wszystkim sprawia nam to dużo frajdy i radochy. A dzieciaki tak się cieszą, że trudno poskromić ich szał poznawania nowych kątów, któremu towarzyszą okrzyki i wariacje mniej lub bardziej kontrolowane. Dobrze się tu czuję, choć wciąż nie do końca  jak u siebie
w domu.
Zdążyłam już  wypocząć, zregenerowałam siły. Nie wiem jak długo wytrzymam nic nie robiąc. Tęsknię za pracą. Wzięłam roczny urlop bojąc się palić za sobą wszystkich mostów. Niektórzy nazywają to asekuranctwem, a ja po prostu wentylem bezpieczeństwa. W razie gdybym potrzebowała odwrotu.
Niewielkie mam szanse na pracę w zawodzie. Muszę poprawić swoje umiejętności językowe. Jednym słowem na nudę nie będzie czasu. Przed nami ostatni miesiąc wakacji i szkoła. Dzieciaki już nie mogą się doczekać, są ciekawe nowej rzeczywistości. Póki co nawiązują pierwsze kontakty z tubylcami na osiedlu. Staram się im pomagać, wspieram na każdym kroku.
          Poznałam już swoja sąsiadkę. Bardzo miła, zawsze uśmiechnięta i życzliwa. Na razie to moja jedyna okazja na ćwiczenie języka. Nie mam blokady, ale czasem się wstydzę, gdy zdarzy mi się popełnić jakąś językową gafę. Teraz widzę jak wiele  muszę się nauczyć. Irlandzki angielski zdecydowanie różni się od tego uczonego w polskiej szkole. Największą trudność sprawia tutejszy akcent. Nie zniechęcam się. Robię dobrą minę i też się uśmiecham naśladując Irlandczyków, nadrabiam mową ciała.
          Najprzyjemniejsze są wieczory. Wreszcie możemy je spędzać wszyscy razem. Mama, TATA i dzieci. Zabierasz nas na wycieczki, spacery i place zabaw. Wspólnie penetrujemy okolicę i poznajemy naszą nową ojczyznę. Wszyscy mamy nadzieję na lepsze życie. Lepsze, bo razem, w komplecie. Odkrywam, że tu żyje się inaczej, chyba trochę łatwiej i lżej po prostu. Nie dlatego, że inni nie patrzą nam na ręce. Czuję jakąś taką beztroskę rozchodzącą się po ciele. Ona rozlewa się na wszystkie członki, przynosi spokój, ukojenie. Działa niczym endorfiny szczęścia. Dopiero tu i teraz widzę, że twoje „wszystko będzie dobrze”  wreszcie ma sens. Twój stoicki spokój już nie drażni, tylko się udziela.

          Tęsknimy za dziadkami. Oni bardzo nam kibicują i trzymają kciuki za całą tą naszą tułaczkę. Gdyby nie rodzina pozostała w Polsce już w ogóle nie myślałabym o tamtej rzeczywistości, która wydaje się być tak odległa. Jakby była zupełnie innym światem, jak kraina pochodząca z innego życia. Pomału zaciera się obraz stamtąd. Liczy się tylko tu i teraz. Prosisz, bym nie myślała, nie zastanawiała się, gdzie byłoby nam lepiej, gdzie czulibyśmy się szczęśliwsi. Mówisz, że najbardziej szczęśliwi będziemy żyjąc razem. Spoglądam na uśmiechnięte twarze dzieci. Koniecznie trzeba nadrobić utracony czas, zadość uczynić wszystkie te dni spędzone w samotności spowodowanej brakiem ciebie. A jak już nasycimy się sobą nawzajem, czy zaczniemy żyć normalnie? Bez żalu, tęsknoty i wyrzutów sumienia, bez strachu? Gdzieś z tyłu głowy kołaczą się myśli niespokojne. Zadaję sobie setki pytań, wypisuję plusy i minusy, bilansuję zyski i straty. Z każdym kolejnym dniem wątpliwości coraz więcej. Nikomu o nich nie wspominam, wzdycham tylko czasem i czekam na szarość nadciągającej jesieni.