-

-

czwartek, 25 września 2014

Na zakręcie

          

           Pamiętam dzień, w którym powiedziałeś mi, że straciłeś pracę. Przyjechałam wtedy ze szkolenia taka uskrzydlona, naładowana pozytywną energią, z wiarą, że wszystko mogę
i z poczuciem, że świat należy znowu do mnie, że to nasze pięć minut. Najważniejsze, by dobrze je wykorzystać.
          Praca w szkole dawała mi wiarę we własne możliwości. Po ośmiu miesiącach urlopu macierzyńskiego czułam głód zrobienia czegoś więcej dla ludzkości, potrzebę zaopiekowania się dziećmi ze społeczności szkolnej, niesienia pomocy każdej słabszej jednostce. Zmieniając choćby odrobinkę rzeczywistość z takiej jaką ją zastawałam na inną, wymagalną, poprawniejszą, zgodną z zasadami.
          Nigdy nie lubiłeś swojej pracy w korporacji. Irytowali cię ślepi na manipulacje ludzie bezmyślnie podążający niczym ćmy w stronę światła. Chcąc nie chcąc też w tą stronę podążałeś. Trochę bardziej świadomy, podenerwowany i zirytowany otaczającymi cię nonsensami, których nie da się zmienić.  To był ten moment, gdy usiadłeś na świecącej się lampce. Położyliśmy dzieci spać. Poprosiłeś, bym usiadła. Przycupnąłeś koło mnie, popatrzyłeś w moje oczy. Chciałam opowiedzieć ci o swoich wrażeniach ze szkolenia, o pomysłach na nowy rok szkolny. Chciałam wylać na ciebie tą całą moją ekscytację, ale coś bliżej nieokreślonego kazało mi się zatrzymać. Przystanęłam, bo zobaczyłam w tych twoich szeroko otwartych oczach coś niepokojącego.
-Kochanie, coś się stało…
-Nie, nic się nie stało. To nic strasznego.-powiedziałeś. Chciałeś mnie uspokoić. Twoje ciało nie podążało za słowami. Słowa miały dać mi siłę i odwagę, ale ciało krzyczało, płakało. Ciało skuliło się ze strachu. Co z nami będzie? Co  dalej?
W tej chwili czułam, że to nasz mały osobisty koniec świata. Koniec.
-Nie martw się- powiedziałeś-przecież ludzie zmieniają pracę. Przecież jest tyle rzeczy, które mógłbym robić. Zresztą od dawna już myślałem o zmianie. Ja się tam  dusiłem. Tak naprawdę czuję ulgę. Jestem im wdzięczny. Pomogli mi zrobić coś na co sam nie potrafiłem się zdobyć. Trwałbym w tym bagnie, żył i gnił. Znajdę coś.
          Zacząłeś poszukiwania. Godziny spędzone w sieci, setki rozesłanych CV. Nic. Przynajmniej nic sensownego. Stoicki spokój i zapewnienia, że to tylko kwestia czasu,
że ogłoszeń jest tak wiele. Nikt nie odpisuje, to prawda, ale w końcu ktoś odpisze. W telewizji mówią, że u nas teraz boom gospodarczy, że pracy jest pod dostatkiem.
-Zobacz- pokazywałeś mi artykuły  w Internecie - Polska jest teraz zieloną wyspą na mapie Europy. Nigdzie indziej nie dzieje się tak dobrze jak u nas. Wszystkie kraje toną w kryzysie, wszystkie poszły na dno, tylko nasz statek unosi się na powierzchni. Znalezienie pracy to tylko czysta formalność, nawet jeśli zajmie mi to trochę więcej czasu niż pierwotnie zakładałem. Ale nic mnie nie ponagla. Oszczędności starczy nam na rok. Możesz być spokojna. Na kredyty, które zaciskają pętle na naszych gardłach też wystarczy.
         Tak, najwyżej bank przyjdzie i zabierze nam nasz dom. Wyśniony, wymarzony. Nasz mały, przytulny. Nasza ostoja spokoju i poczucie bezpieczeństwa. Przyjdzie i zabierze,
a potem zlicytuje. Poczucie bezpieczeństwa. Po trzech miesiącach twojego bezrobocia poczułam, że grunt zaczyna obsuwać mi się pod nogami. Oszczędności kurczyły się jak szalone. Nagle wszystko wydało się takie drogie. Media donosiły o kolejnych podwyżkach,
o ciągłych podwyżkach. Po pół roku usiadłam i przeliczyłam. Oszczędności kurczyły się
w zastraszającym tempie, na rok nie wystarczy. Wtedy zaczęliśmy się kłócić. Zła byłam na twoje zaklinanie rzeczywistości. Myślałam, że cię uduszę, gdy na moje pytanie o przyszłość odpowiadałeś:
-Wszystko będzie dobrze, kochanie. Nie martw się. Zobaczysz, jakoś to się ułoży.
          I wtedy trafił ci się ten nieszczęsny przedstawiciel handlowy. Przez kolejne trzy miesiące nie było cię w domu. Albo byłeś w pracy, albo wisiałeś na telefonie rozmawiając
z klientami. Ja sama z całym domem na głowie i wciąż bez pieniędzy. Bo twoje nowe zajęcie nie przynosiło dochodów.
-Muszę się jeszcze dużo nauczyć.-mówiłeś- A potem, muszę poczekać do końca miesiąca, bo szef czeka na przelewy.
          A potem czekałeś do końca następnego miesiąca i do końca następnego. I nic. Zanim zorientowałeś się, że nic z tego nie będzie minęły trzy albo cztery miesiące. Miesiące stracone, miesiące które oddaliły cię od szansy na sensowną pracę.
I kiedy już nam się wydawało, że za chwilę całe niebo spadnie nam na głowy i że pochłonie nas piekło, zadzwonił Adam, mąż mojej siostry Eli z Irlandii. Zaproponował ci pracę  co prawda na przysłowiowym zmywaku, ale za to w porządnej irlandzkiej restauracji .
          Wydawać by się mogło, że to już koniec naszych rozterek, niepowodzeń, niepewności i trwogi. Ten koniec okazał  się jednak być  dopiero początkiem. Początkiem tułaczki, zawieruchy i rewolucji w naszym i tak już mało poukładanym życiu.