-

-

poniedziałek, 22 września 2014

Wojowniczka

          Tańczą, podskakują, śmieją się i płaczą, przystają na moment i znów do przodu w te pędy wyrywają. Raz rozsądne i poukładane, innym razem szalone, zwariowane i nie do ogarnięcia. To myśli moje wymieszane z burzą emocji, z rozterkami, żalami, bólami, ze śmiechem, radością i wesołością i z lękami dnia codziennego. Te ostatnie najbardziej nie dają mi spokoju.
          Bo przecież dzień mógłby być jak co dzień. Najbardziej zwyczajny, powtarzalny, bez upadków i wzlotów. Dzień, który by nie zaskakiwał absolutnie niczym, który byłby przewidywalny i którego wtedy nie trzeba by się było bać. Taki dzień zwyczajny, że niby wstaję, że jem i idę, i patrzę i widzę, słucham i słyszę, wącham i czuję. A potem spotykam kogoś, witam się takim zwyczajnym, wyświechtanym „Dzień dobry”. I patrzę na miny ludzi kręcących się wokół, i wszyscy niby tacy zadowoleni i uśmiechnięci. I w tym dniu nikt nie miałby do mnie pretensji. I byłabym tylko ja i mój poukładany, przewidywalny  świat. Tam byłabym ja. Ta spokojna, wiedząca co może mnie spotkać. Ja. Ta, którą nie zaskakują żadne niespodzianki, żadne nieprzewidziane okoliczności. Od rana do wieczora ja według planu, rozporządzeń i przepisów,  a wokół mnie wszystko pod kontrolą, zgodnie z moimi pragnieniami i moim „widzimisie”.
Ideał? Źródło szczęścia i wiecznej przyjemności, czy… A  może tylko wydaje mi się…
Cóż zamiast?
          Zamiast bieg szaleńczy, zdaje się, że wciąż pod górę, albo raczej jazda bez trzymanki. Brak stałych elementów. I choć jest tak pięknie, bo nie ma czasu na nudę, to jednak
w dłuższej perspektywie brakuje oddechu. I ludzie jak nie ludzie. A wokół kolce, krzewy
i ciernie. Au, boli. Boli niemiłosiernie, ale co tam, brnę w to dalej. I do przodu pędzę i pędzę, byle szybciej, byle dalej, bez refleksji, bez zastanowienia. „A dokąd? No dokąd?”- pytam. Pytam: „Co dalej? I w ogóle po co to wszystko i na co?” Poddaję się bezwolnie jakiejś niewidzialnej maszynie czasodegradacyjnej.
          A ona mieli mnie i mieli na kawałki i przeżuwa by wypluć bez litości na ulicę. A potem leże tam dopóki deszcz nie spadnie z błękitnego nieba i nie obmyje moich ran. A gdy ten deszcz tak siąpi na moje obolałe ciało i zbolałą duszę, czuję ukojenie. Pomału powstaję
z  kolan. Ja. Po raz kolejny daję radę. Ja silna, pokonana ale żywa i gotowa do stoczenia kolejnego boju. Boju o siebie, o rodzinę, o Ciebie i o całą ludzkość. Urodziłam się by zbawiać świat, by śmiać się i nieść ukojenie innym by dawać ludziom radość, by ich wspierać radować i cierpieć za miliony. To właśnie ja. Pokonana niepokonana, martwa, ale wciąż żywa. Gotowa na wszystko. Stoję tu pośrodku pola i czekam na kolejne wyzwania.
Stoję ja matka Polka na  emigracji…