-

-

piątek, 26 września 2014

Za chlebem


           To była jesień. Wszędzie pachniało wrześniem, owocami zebranymi w sadach, kasztanami porozrzucanymi w parkach, a ziemia mieniła się wszystkimi kolorami leżących na niej liści. Dzieci dopiero co wróciły do szkoły po wakacjach. Ewa do piątej klasy, Olek do drugiej. Amelka potrafiła już chodzić, zdążyłeś ją jeszcze nauczyć. Była taka malutka bezbronna i potrzebowała swojego tatusia. Wszyscy cię potrzebowaliśmy. Zawsze byłeś dla nas bardzo ważny. Wraz z twoim wyjazdem zabrakło nie tylko ciebie, zabrakło też mnie, bo nagle dysponowałam mniejszą ilością czasu. Chciałam użyć jakiś tajemnych mocy i zaczarować ten czas, by doba miała 36 albo najlepiej 48 godzin . Praca, dom, dzieci. A jak do tego doszło jakieś szkolenie, albo wizyta u lekarza, lub cokolwiek innego nieplanowanego, cały dom stawał na głowie.
         Gdy spoglądam dziś wstecz jestem pełna podziwu dla siebie, że dałam radę. Pamiętam emocje, które mną targały. Pamiętam, jak wiłam się niczym piskorz, by zdążyć na czas, by każde z moich piskląt przytulić,  posprzątać chociaż z wierzchu, by czegoś ważnego nie przegapić. Nagle, bez ostrzeżenia nasze dzieci same musiały sobie poradzić z odrabianiem lekcji,  zaczęły pomagać mi w obowiązkach domowych.
Najgorsze były wieczory. Samotnie spędzone godziny w pustym, zimnym łóżku. Nie miałam ochoty sama spać, nie mogąc się do ciebie przytulić. Leżałam godzinami licząc barany, budziłam się co jakiś czas w nocy zlana potem, jakbym przechodziła odwyk. Czy można się tak uzależnić od drugiego człowieka? Jeśli tak, to ja właśnie leczyłam się z tego uzależnienia. Długo nie mogłam pogodzić się z tym, że ciebie z nami nie było, nie mogłam znieść myśli, że byłeś tysiące kilometrów stąd, niewiadomo dokładnie gdzie i niewiadomo z kim. Owszem mówiłeś mi o wszystkim, mieszkałeś ze szwagrem i moją siostrą, jednak świadomość, że czujesz się samotny może jeszcze bardziej niż ja, podsuwała czarne scenariusze.
Nie wiem dlaczego, wydawało mi się, że muszę mieć wszystko pod kontrolą, bo przecież wszystko jest ode mnie zależne. Muszę na wszystko mieć oko i trzymać rękę na pulsie, bo chwila nieuwagi i znów coś się posypie.
          Wydawać by się mogło, że taki natłok spraw przyśpieszy i tak już pędzący czas. Nie. Dni wlokły się tak wolno, jeden za drugim. Mieliśmy się zobaczyć dopiero na gwiazdkę. Dzieci też nie umiały się pogodzić z twoim brakiem. Najtrudniej było to wytłumaczyć Olkowi. Nijak nie potrafił, a może nie chciał pogodzić się z twoim choć chwilowym, ale jednak odejściem. Ewa robiła dobrą minę do złej gry. Zawsze robiła wszystko, by nas zadowolić, więc funkcjonowała. Ogromną tęsknotę zobaczyłam dopiero w jej ocenach. Nie miała już paska na świadectwie. Przestało jej zależeć. Zamknęła się w tym swoim pokoju niczym w warownej baszcie i broniła wstępu do niej. Nawet nie zauważyłam kiedy się tak od siebie oddaliłyśmy. Ona schowała się tam przede mną nie chcąc przysparzać mi dodatkowych kłopotów swoją osobą. Zniknęła po prostu, schowała się przed całym światem. Tam jej było dobrze, do dziś w  swoim pokoju w domu w Polsce czuje się najbezpieczniej. Amelka zdawała się niczego nie rozumieć, ale brak taty też zaczął jej po jakimś czasie doskwierać. Największą konsternację wywoływała zaczepiając obcych panów na ulicy. Zawsze sobie jakiegoś upatrywała i wołała: Tatuś! Tatuś! Poczekaj!
Na początku od razy łzy cisnęły mi się do oczu. Potem się do tego przyzwyczaiłam. Tego typu zrywy, odruchy stały się z czasem normą w naszym odmienionym życiu.
Musiałam nauczyć się grać w piłkę, a Olkowi zawsze było mało poświeconego mu czasu. Nie mogłam tak samo długo jak przedtem wysłuchiwać jego przydługawych relacji z przeczytanej książki, obejrzanego filmu, czy wymyślonego kawału.
Czas, którym dysponowałam był wyliczony, podzielony, skrupulatnie rozplanowany. Mowy nie było o żadnych przesunięciach.
          Wieczorami długo ze sobą rozmawialiśmy. Potrzebowałam tego. Nie ważne jak wysokie rachunki telefoniczne. Nie było się jak do ciebie przytulić. „Kocham cię” wypowiedziane przez słuchawkę musiało mi wystarczyć. W rzeczywistości nie wystarczało.
Kolejne cyfry zasilające nasze konto bankowe pozwalały jednak odetchnąć z ulgą. Pomału odzyskiwaliśmy równowagę. Z miesiąca na miesiąc zaczęliśmy się czuć coraz bardziej bezpiecznie. W kwestiach finansowych wypłynęliśmy na powierzchnię. Poczucie gruntu pod nogami bardzo uspakajało.

Wszyscy liczyliśmy dni godziny, minuty dzielące nas od zobaczenia siebie nawzajem.